Chcąc pokrzyżować jej plany, O1ivia musi pozbawić ją najwyższej nagrody – zemsty nad

Co, do cholery, robi tu Jennifer?

Nie może w końcu przyjść?
Przerażona do granic obłędu wcisnęła gaz do dechy.
- Mogę przyjechać za pół godziny - powiedział, a jego ciepły ton wzruszył ją. Nawet nie przypuszczała, że mężczyzna może być taki delikatny i troskliwy. - A może wolisz przyjść do mnie? Rozejrzała się po domu, puste kieliszki, na wpół opróżnione butelki, zabłocona przez psa podłoga w kuchni, i wciąż czuła niepokój, wciąż miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. - A może spotkamy się gdzie indziej na neutralnym gruncie - podpowiedział. - W gabinecie albo w kawiarni? - Wiesz co, a może byś przyjechał po mnie? - Wytarła dłonią resztki łez. - Wtedy zdecydujemy. - Zgoda. Odłożyła słuchawkę, wstała i zacisnęła zęby. Musi się trzymać. Musi znaleźć w sobie siłę, żeby się z tym wszystkim uporać. Przegnała dręczące ją demony i zaczęła krzątać się po kuchni. Włożyła kieliszki do zmywarki, butelki wstawiła do szafki, mokrą ścierką wytarła blat i podłogę. - Zadanie wykonane! - Obrzuciła kuchnię pobieżnym spojrzeniem. - Niemożliwe okazało się możliwe. - Brudną szmatę wrzuciła do kosza na pranie, poszła na górę, przebrała się w długą bawełnianą sukienkę i wygrzebała pasujący do niej sweter, który zasłaniał skaleczenia na nadgarstkach. Przyjrzała się sobie krytycznie w lusterku. Kilka pociągnięć tuszem do rzęs i trochę różu - na nic więcej nie miała czasu. A włosy - lepiej dać sobie spokój. Zbiegła na dół i wykręciła numer Oak Hill. Hannah siedziała tam sama, naprawdę sama, po raz pierwszy w życiu. Caitlyn chciała sprawdzić, jak sobie radzi. Hannah często była nieznośna, ale kto nie był? Kelly, Amanda i Troy też nie są tacy znowu idealni. Jeden sygnał. Czekała, przyglądając się paznokciom. Drugi. - No, odbierz. - Nic z tego. Trzeci,.. Czwarty... Włączyła się sekretarka. Caitlyn usłyszała delikatny, melodyjny głos matki. - Dodzwoniliście się do państwa Montgomerych w Oak Hill. Jeśli zechcecie zostawić swój numer telefonu i nazwisko, oddzwonimy... Mama. Serce jej się ścisnęło. Mama nie żyje. Jak to możliwe? Przypomniała sobie, jak siedziała jej na kolanach. Zapach perfum mieszał się z zapachem dymu papierosowego, a w zielonych oczach matki mieszkał smutek. Pamiętała też noce, gdy budził ją odgłos kroków w holu. Czasami kroki były złowieszcze, przerażające, zatrzymywały się pod jej drzwiami, a potem wślizgiwały do środka. Czasami były to kroki matki, która nie mogąc zasnąć, chodziła po schodach i po korytarzu na piętrze... Z zamyślenia wyrwał ją głośny sygnał sekretarki automatycznej. - Hannah? Jesteś tam? Mówi Caitlyn. Chciałam tylko zapytać, jak sobie radzisz. Odbierz, jeśli tam jesteś, dobrze? - Czekała. Nikt nie podniósł słuchawki. - Hannah? Oddzwoń do mnie. Aha, jeśli nie będzie mnie w domu, zadzwoń na komórkę. Proszę, zadzwoń. Odłożyła słuchawkę z niewyraźnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Ale to przecież żadna nowość. Ostatnio wszystko było nie tak. Przed domem zatrzymał się samochód i w tym samym momencie Oskar zaczął szczekać nieprzytomnie. - Zostajesz - powiedziała. Usłyszała kroki na schodkach, a zaraz potem rozległ się dzwonek do drzwi. Wyjrzała przez wąskie okienko i zobaczyła Adama. Jego ciemne włosy błyszczały w świetle lampy. Stał z rękami w kieszeniach, miał na sobie dżinsy, ciemny sweter i adidasy.
żeby funkcjonariusze uznali, że pomagasz w dochodzeniu, bo w tej chwili LAPD chce cię
Doszli do parkingu. Nigdzie nic widział strażników. Gdzie oni się podziewają, kiedy ich
I czego się boi?
pogłaskać. W tym momencie rozdzwonił się telefon.
– Wiem, wiem.
ślepiami.
Ale ona żyje, pomyślał. To już coś!
– Udało mi się natomiast ustalić, że samochód, do którego wsiada obiekt, to produkt
– Widziałem go, mówię wam. Facet skoczył!
– Wyluzuj, durniu! – mruknęłam, zbyt zajęta, by się przejmować. Miałam pełne ręce
– Chwileczkę. – Jej oczy zapłonęły zimną wściekłością. Zmarszczyła brwi. Stała przy

samochodem. Dziś nadeszła twoja kolej.

czynniki, napięcia w waszej rodzinie i inne źródła stresu.
mógłby mnie pokochać?
– To dochodzenie w sprawie morderstwa. Wcześniej czy później wszystko i tak wyjdzie
jesteś myśliwym czy zwierzyną? Nic już nie wiem i jestem taka zmęczona!
256
Chyba oboje wiedzieli, że nie.
– Nieczęsto tu panowie bywają, prawda? – powitał ich uprzejmie.
Powiedz coś. Zrób coś. Ucz się na błędach!
– Och nie przesadzaj z tym wiekiem.
trąbami.
pewno mogę go aresztować bez twego pozwolenia. Dobrze o tym wiesz.
- Proszę...
– Moim zadaniem natomiast – ciągnął Johnson – jest udowodnić, że prokurator nie ma
- Miałeś pomagać mi pilnować domu Quincy'ego!

©2019 www.epiphanon.to-rzadko.stargard.pl - Split Template by One Page Love